Kanał Panamski

mar 21, 2023 | Dziennik Kapitański

Panama wita nas nieprzebraną liczbą statków na redzie. Na AISie jest aż gęsto. Trudno się dziwić – to jedna z najbardziej ruchliwych dróg wodnych na świecie, przez którą przechodzi dwadzieścia-kilka tysięcy statków rocznie, przewożąc niewyobrażalne ilości towarów. Mijamy redę i awanport, i meldujemy się w Shelter Bay Marina, by dokonać wszelkich formalności. Pojawia się Wielki Mierniczy Kanału, który… metrówką sprawdza, czy wymiary podane w dowodzie rejestracyjnym są prawdziwe, po czym dodaje ekstra stopę lub dwie na odbijacze itp. Są to niezwykle ważne pomiary, by na pewno wszystko zmieściło się w śluzie. Oczywiście w śluzie okazuje się, że zmieściło by się dwa razy więcej jachtów, bo przecież nikt nie wpuści ich tylu, by wypełniły ją co do centymetra… No ale stanowisko jest, pensja jest, a płacą ci, którzy chcą przepłynąć.

Agua Clara

Ale, jakby powiedział Bogusław Wołoszański – „nie uprzedzajmy faktów”. Pobyt w Colon pozwolił nam uzupełnić zapasy, zakupić drugą kuszę do łowiectwa podwodnego i nieco pozwiedzać. Wybraliśmy się do Agua Clara – nowych śluz, które oddano do użytku w 2015 roku, zwiększając maksymalne wymiary, obsługiwanych przez Kanał statków, z 294 x 32m do 366 x 49m. Widok tych olbrzymów, wpływających do śluz robi niesamowite wrażenie. Parkowanie TIRem przed zatłoczonym supermarketem, to przy tym pikuś! Agua Clara to, poza śluzami, kino oraz ścieżka informacyjna, które przybliżają historię Kanału, jego rolę, możliwości przewozowe, ale przede wszystkim – miejsca, gdzie można obserwować na żywo przejścia największych statków. Oczywiście nie największych na świecie, ale NeoPanamaxy, to prawdziwe kolosy.

Shelter Bay Marina mieści się, „przez płot” z Panamską bazą wojskową Aeronaval, i zajmują część terenu po Amerykańskiej bazie wojskowej – Fort Sherman. Resztę oddano dżungli. Wybieramy się więc na wielokilometrowy spacer po Parku Narodowym, docieramy do fortu – Castillo de San Lorenzo – pierwszego fortu, który postawili Hiszpanie w XVI wieku, by chronić bogactwa płynące z tego rejonu do Madrytu. Ścieżki w dżungli oferują niezwykłe widoki. Tutaj sformułowanie „ściana lasu” nie jest przenośnią, ale wiernie dosłownym określeniem stanu rzeczy. Przedzieranie się przez splątany gąszcz roślinności (drzewa to drobiazg) wymaga dużego wysiłku oraz siekiery lub maczety. Na szczęście ścieżki przyrodnicze są dobrze utrzymane i nie trzeba wyrąbywać sobie drogi przez zieleń. Okoliczny las oferuje zaś niesamowitą zieleń, intensywne zapachy, odgłosy, które momentami sprawiały, że zatrzymywaliśmy się, zastanawiając czy zaraz nie wyskoczy na nas jakiś niedźwiedź, mimo, że wiemy, że nie ma tu niedźwiedzi, a te odgłosy, to na 90% małpy. A poza odgłosami – zwierzęta! Ptaki, motyle kolorowe jak z dziecięcych wycinanek a nawet… leniwiec! Warto zażyć nieco ruchu i spocić się w tropikalnym klimacie, by móc na własne oczy zobaczyć to niesamowite zwierzę.

O Indianach Embrera będzie osobny wpis, więc zgrabnie przeskoczmy do 15 marca, kiedy to około południa mieli pojawić się Advisorzy. Advisor przy Pilocie to jak Kapitan PZŻ przy Kapitanie kontenerowca. A może nawet Sternik morski. Dzień wcześniej pobieramy od Agenta 4 cumy, 40 metrów każda, fi – jakieś 40mm oraz odbijacze. A nawet Odbijacze – wielkie, co najmniej metr średnicy.
Ktoś może zapytać – po co Wam 4 cumy, skoro, będziecie w tratwie, więc użyjecie tylko dwóch? Odpowiadam – dokładnie po to samo, po co 4 cumy środkowemu jachtowi z tratwy; a każdemu – 5 osób na pokładzie – skipper + 4 do lin – by Agent mógł zarobić, bo jak nie masz kompletu, to wynajem miejscowego kosztuje 120 USD dziennie + wikt i opierunek.
O 1600, z zaledwie 4-godzinnym opóźnieniem melduje się u nas na pokładzie nasza Advisorka i opuszczamy port. Po dwóch godzinach niespiesznej żeglugi motorowodnej łączymy się w tratwę. Środek stanowi katamaran SOLIS (Helia 44), po lewej WALKABOUT (Oceanis 45), po prawej – my. Pół godziny później wpływamy do pierwszej śluzy, która podnosi nas o 8 metrów. Różnica poziomów między Atlantykiem a jeziorem Gatun wynosi 26 metrów; i o tyle ponosi nas system trzech śluz Gatun Locks. Podczas łączenia w tratwy jak i później Advosor katamaranu wymaga by wykonywać dokładnie polecenia, więc nasze wcześniej przygotowane cumy i wizja podejścia (z resztą przegadana rano z SOLIS i WALKABOUT) zostają zupełnie zmienione. Okej. Gość od lat przeprowadza tędy jachty, pewnie wie co robi. A i ja nie lubię, kiedy ktoś psuje mi manewr, bo stojąc na stanowisku wykonawczym ma swoją wizję i wciela ją w życie.

Gatun Locks
Śluzy robią wrażenie. Prawie 400 metrów długości i 40 szerokości, wpuszczanie tysięcy ton wody sprawia, że jachty zaczynają „tańczyć” i tylko czujna praca na cumach i ewentualne poprawki silnikami sprawiają, że stoimy w miejscu. Jednak newralgiczne (jak przy każdym manewrze) jest zatrzymywanie i ruszanie – kiedy prędkość jest zbyt mała, jacht nie reaguje na pracę steru, za to prąd wody i wiatr robią z nim wtedy co chcą. I podczas ruszania z drugiej śluzy do trzeciej – lądujemy na ścianie. Odbijacze trzeszczą (dzięki niech będą Agentowi, że są tak wielkie), silniki mielą wodę zgodnie z zaleceniami Advisora, ale kiedy wychodzimy na prostą, nachodzi mnie myśl, że… trzeba mu patrzeć na ręce i myśleć a nie tylko kręcić kółkiem na komendę. Noc spędzamy na jeziorze Gatun. W totalnych ciemnościach cumujemy do boi tak, że jacht staje do niej burtą, od drugiej strony – drugi. Do ich burt stają kolejne i tak dalej. Podczas podejścia do Chica 3 ich Advisor stara się aż za bardzo, krzycząc, że wolniej, szybciej, prawiej, lewiej… dostaje więc krótką komendę, aby się uspokoił, bo podejście do kei, przy 2 węzłach wiatru nie wymaga asysty z zewnątrz, tym bardziej komenderowania. Nawet jeśli ta „keja” ma 40-parę stóp długości i nie jest stabilnie przytwierdzona do podłoża.
Skoro świt, tuż przed 0900, zjawia się nasza Advisorka i bez wstępu prosi o… podanie śniadania. Jest jasne, że gościmy ich i uczulano nas, by zapewnić im wodę, posiłek itp. Cóż. W naszej mentalności gość raczej jest wdzięczny za poczęstunek niż domaga się go. Ale oto już o 0930 jesteśmy w drodze przez jezioro Gatun w kierunku Pacyfiku.
Jak wygląda przejście Kanału Panamskiego? Mniej więcej tak jak z Jagodnego na Tałty, tyle, trasa ma około 43 mile a po obu stronach są 3 Guzianki. Duże, słodkowodne jezioro, z pogłębionym kanałem po środku, dookoła zieleń, pod koniec – kanał. Tyle. Komplikacja zadania na poziomie żeglarz jachtowy tuż po patencie, bo umówmy się – żegluga wzdłuż bojek nie jest zadaniem przerastającym kogoś, kto posiada ze dwa zwoje mózgowe. A dobranie prędkości tak, by być na śluzie o wyznaczonej godzinie to zadanie na poziomie nauczania fizyki w podstawówce. No ale stanowiska pracy muszą być, więc regularnie wachlujemy prędkością, raz płynąc 3,5 węzła, to 5, to 6 z hakiem. Niestety, w przeciwieństwie do Mazur, nie można się zatrzymać na kąpiel, bo są krokodyle czy tam aligatory. Ale nie byłbym sobą…
mijanka na jeziorze Gatun

Przed Pacyficznymi śluzami (Miraflores Lock) znów formujemy tratwy. Dziś Solis ma nowego Advisora, który ma osobliwe pomysły. Podczas gdy inne tratwy jakoś równo mielą śrubami wodę na wstecznym, co sprawia, że mimo kilkunastu węzłów wiatru oraz prądu – w zasadzie stoją w miejscu – my kręcimy jakieś dziwne oberki. Dobrze, że nie kujawiaki. Kółko w prawo, kółko w lewo, dużo gazu, kręcenie sterami z prawej na lewo, 3,5 węzła, knagi trzeszczą, bo prędkość i takie kręcenie powoduje znacznie obciążenie konstrukcji. Przy kolejnej komendzie, że dużo gazu i wszyscy ster prawo na burt mój wewnętrzny wagon buddyjskich mnichów pustoszeje, zen wyparowuje a zamarznięte jezioro pod kwiatem lotosu zamienia się w gorące źródło, więc pan słyszy, że jeśli chce skręcić w prawo, to lewy silnik naprzód, prawy wstecz i obrócimy się jak baletnica, bez rwania lin i knag. A jeśli ma problem z manewrowaniem, to ja mu tę tratwę wprowadzę w śluzy. To kończy nasz chocholi taniec po kanale, a przy dalszych manewrach melduję mu posłusznie, że polecenia wykonuję… choć mój silnik pracuje tak, aby tratwa była tam gdzie być powinna.
Po wieczornej odprawie dosiada się załoga Walkabout z piwem i podziękowaniami, za naprostowanie Advisora. Po czym dodają, że od momentu jak się uspokoił, zamiast na niego patrzyli na naszą manetkę i dostosowywali się do tego. To tłumaczy, czemu nagle nasza tratwa zaczęła płynąć płynnie a ściany były zawsze daleko. Gdy w przelocie widzimy się z załogą Solis – z ich ust pada to samo. Ech. Znów będę musiał powiększyć kajutę, w której trzymam moje kapitańskie ego.

A na deser film / timelaps z przejścia Kanału. Enjoy!