Markizy

maj 17, 2023 | Dziennik Kapitański

          Jakie to uczucie, kiedy po 3 tygodniach Oceanicznych przestrzeni widzisz ląd? Ambiwalentne. Na początku jest radość, że daliśmy radę, duma, że 3 dni szybciej niż w założeniach, że zaraz jest szansa na jakieś zimne piwo albo kolację w knajpce (O! Jak srodze się zawiedliśmy!); a niewiele później zaczyna się oczekiwanie. Nic się tak nie dłuży jak ostatnie godziny podróży (rymy składam jak Mickiewicz Adam 😉 ).

Hiva Oa niemal z lotu ptaka

          Markizy witają nas dość zatłoczoną zatoką Tahauku, gdzie rzucamy dwie kotwice i udajemy się na ląd w poszukiwaniu… czegokolwiek. Niestety po zmroku udaje znaleźć się jedynie food-truck z wieprzowiną w lokalnym sosie i z coca-colą. Alkoholu nie prowadzą, z resztą – jak się później okaże alkohol na Markizach jest drogi i słabo dostępny. W marketach piwo nie może być sprzedawane zimne, zaś w knajpie, zimne, kosztuje ok 750 Franków Pacyficznych (ok. 7 dolarów) i zazwyczaj nie jest go dużo. Następny dzień rozpoczyna się śniadaniem w biurze lokalnego Agenta. Są owoce, ciastka i zimny sok. Po takim czasie na wodzie wszystko to smakuje wyśmienicie (zwłaszcza owoce!). Dopełniamy formalności i idziemy na spacer do wioski. Malownicza droga ciągnie się przez 3 kilometry i kończy kilkoma domami – bank, fryzjer, poczta, dwa supermarkety, studio tatuażu, sklep odzieżowo-przemysłowy, posterunek żandarmerii (wszyscy biali, a jakże) i… to wszystko. A w dodatku zamknięte bo dziś pierwszy maja. Na szczęście okazuje się, że w stoczni jest dość szybkie wifi, którego hasło błyskawicznie rozchodzi się po wszystkich jachtach nie posiadających Starlinka, więc możemy porozmawiać z Polską a nawet wrzucić jakieś zdjęcia. Dla fanów turystyki funeralnej – w Atuona leżą pochowani Paul Gauguin i Jacques Brell. Jest też mini-muzeum Gauguina.

Kręte drogi, zieleń wzgórz i błękit Oceanu - witamy na Markizach.

          Drugiego maja bierzemy Suzuki Jimmy, by pozwiedzać wyspę. Kręte drogi, przepastne klify, głęboka zieleń wzgórz, gaje palm, lazur i indygo Oceanu, a to wszystko rozświetlone podzwrotnikowym słońcem. Bajka. Co chwilę zatrzymujemy się by cieszyć oczy widokiem i pstryknąć kilka zdjęć, choć – niestety – nie oddają one tego, co widzą oczy. A szkoda. Zwiedzamy ponadtysiącletnie posągi (Tika) zapomnianych bóstw, w latach ’70 i ’80 odnalezione i odrestaurowane. Stoją samotne, pod daszkami, w czymś na kształt muzeum, oderwane od swoich funkcji, których nikt już nie pamięta, bo biały człowiek, w ramach biblijnego nakazu czynienia sobie ziemi poddanej przywiózł tu swoje wierzenia i strzelby, więc miejscowe musiały ustąpić. Mieszkańcy Wysp rzeźbią więc tradycyjne Tika w drewnie i kamieniu, tatuują ciała i twarze, a w niedzielę uczęszczają do kościoła, bo ten jest w każdej wiosce, składającej się przynajmniej z 10 domów.

Tysiącletnie, zapomniane Tika, zamknięte w skansenie

          Dziwne jest to doświadczenie. Przez swoją odległość od „cywilizacji” wyspy mocno zachowały swój unikatowy charakter, zwyczaje i koloryt, ale symbole są oderwane od znaczeń. Co zaś się tyczy mieszkańców – są pomocni i otwarci. To trudne doświadczenie dla Polaka, kiedy wszyscy się do Ciebie uśmiechają i są bezinteresownie życzliwi. Co więcej – na każdym kroku widać dbałość o estetykę i harmonię. Trawniki skoszone i zagrabione (piasek też), drzewa i kwiaty sadzone niemal od linijki, klomby obsypane kamieniami lub obłożone pniami palm, absolutny brak jakichkolwiek śmieci, domy skończone. Nie wiem, czy to kwestia natury tych ludzi, ich widzenia świata, poczucia bycia tu gospodarzem, a więc dbania o swoje, ale porównując Markizy i Karaiby w oczy rzuca się tutejszy ład i porządek w kontraście do ogólnego nieładu (by użyć najłagodniejszego słowa) w miejscach zamieszkanych przez czarną społeczność. Być może czarny człowiek nie czuje się na Karaibach wciąż u siebie, być może ma to w genach. Nie wiem. Dość powiedzieć, że poza resortami walające się śmieci nie dziwią, a domy to często zbite z desek chałupy. Opad szczęki zaliczyliśmy, kiedy zatrzymał się samochód a kierowca (z uwagi na odległość trudno wyrokować w sprawie płci) pozbierał z pobocza jakieś śmieci i wrzucił je do bagażnika. I to chyba najlepszy obraz tego, czego można się tu spodziewać.

Bajeczny widok na zatoki Anaho i Haataivea

          Wyraz dbałości o swoje wyspy, ich unikatową przyrodę i koegzystencję z naturą jest także widoczny w gospodarce rolnej, leśnej i morskiej. Wiele przestrzeni pozostawiono dla dzikich roślin, uprawa bananów, kokosów czy mango jest dostosowana do potrzeb wyspy. Rogacizna i nierogacizna pasie się wolno a kutry rybackie… nie istnieją! Lokalne przepisy, na szczęście, oddały zasoby morskie społecznościom a te, nazywając siebie Dziećmi Oceanu, doskonale wiedzą jak bardzo są z Nim związane, dlatego zabraniają połowów kutrom a mieszkańcy łowią tyle ile są w stanie zjeść i tego też wymagają od nas.

Zbieractwo i łowiectwo pozwala zdobyć pyszny obiad!

         Dzięki takiemu podejściu pod wodą dzieją się cuda. Nasze największe zdobycze okazują się niedorostkami w porównaniu z tym, co potrafią złapać Polinezyjczycy. Ławice ryb, manty, żółwie, rekiny, ośmiornice, delfiny… Całe bogactwo morskiego życia jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy wskoczyć do wody! Spędzamy, więc, w niej całe godziny polując i podglądając podwodne życie. To niesamowity przywilej móc zanurzyć się w wodzie i niespiesznie eksplorować. Wisieć pod wodą, czekając aż odpowiednia ryba podpłynie na tyle blisko, by można było do niej strzelić. W tym współzawodnictwie to nie my, bynajmniej, jesteśmy na uprzywilejowanej pozycji, ale bogactwo podwodnego świata wynagradza włożony trud i dwie godziny polowania pozwalają na złapanie obiadu. Choć nie zawsze udaje się go dowieźć do jachtu. Otóż, któregoś razu upolowana ryba została przez nas wrzucona do siatki podwieszonej pod pontonem. Kiedy jakiś czas później pojawiłem się z drugą zastałem pół siatki i łeb ryby. Resztę pożarł rekin. Dlatego też trzeba uważać polując na ośmiornice, to rekini przysmak.

Przykład sztuki Polinezyjskiej - naszyjnik wojownika

         Na Nuku Hiva czeka nas oficjalne powitanie, kolacja oraz część artystyczna. Kozina w sosie coconut-curry oraz sałatka z ośmiornic są obłędnie pyszne, ale jakoś do krabów nie mogę się przemóc. Tuńczyk też spoko, ale… jedliśmy go przez całą drogę z Galapagos. Po części biesiadnej następuje część artystyczna. Haka i wojenne tańce polinezyjskich wojowników to zdecydowanie coś, co można oglądać długo i zachwycać się jeszcze dłużej. Tu nie ma miękkiej gry! Wszystko jest na pełen gwizdek i ma się wrażenie, że nie zapomnieli jaka krew w nich płynie! Oszałamiający rytm bębnów, które grają a nie tylko wybijają rytm (jak u Indian Embera), zmuszając wojowników do wysiłku, zawołania i okrzyki sprawiają, że jest to niezapomniane widowisko a nie jakaś Cepelia pod turystów.

          Na wyspie nie ma do zobaczenia zbyt wiele, od strony lądu, poza… oszałamiającymi widokami, zwłaszcza z wysokich punktów widokowych, więc eksploracja samochodem była doskonałym pomysłem. Tym bardziej, że można dojechać do miejsc, będących idealną ilustracją dla hasła „koniec świata”. Poza widokami, warto wspomnieć o lokalnej sztuce, która jest niesamowita! Zazwyczaj, oglądając różne rękodzieła mniej lub bardziej (zazwyczaj mniej) artystyczne mam takie mam takie: „to słodkie, że sobie machasz tym pędzlem czy tam dłutem. Z całego serca życzę, żebyś kiedyś, w końcu zrobił coś ładnego”. Tutaj, wchodzę do sklepiku z rękodziełem jak do najlepszego muzeum i zachwycam się rzeźbami, jakby robił je sam Michał Anioł albo malował Rembrandt.

Drewniany rekin z kościanymi zębami. Na pierwszym planie - niewyraźna - rzeźbiona klinga miecza z miecznika.

           Co zaś się tyczy wyników regat, to przypłynięcie na czwartym miejscu w generalce oraz finisz na ponad 15 godzin przed drugą na mecie – Casamarą czy niemal dobę przed trzecią – Escapade nie pozwolił zająć pierwszego miejsca w grupie. Przypadło ono jachtowi, który dopłynął ponad 4 doby po nas… A, że dzięki Nuku Hiva Yacht Service udało się poprawić działanie zamrażalnika, to możemy podnieść haczyk i ruszyć na bajeczne atole Tuamotu!

Zaszczytne drugie miejsce!