Martynika

sty 1, 2022 | Dziennik Kapitański

O świcie przemieszczamy się na kotwicowisko przy Forcie Saint-Luis, odprawiamy się i zaczynamy poszukiwania mechanika, po czym dociera do nas, że jest sobota, a Martynika to po pierwsze – Francja a po drugie – Karaiby. Nie ma szans na cokolwiek przed poniedziałkiem. Do portu też nie wpłyniemy, bo… mają zepsuty ponton, więc nas nie wholują. Pozostaje zwiedzać, plażować i korzystać z karaibskich uroków.

               W poniedziałek tuż po otwarciu sklepów lądujemy w porcie (samochodem). Niestety, serwis Yamahy i Merkurego nie zna się na rozrusznikach Yanmara, ale polecają warsztat, gdzie naprawiają silniki we wszystkich łodziach. Ekstra! W warsztacie okazuje się, że owszem – naprawiają, ale jakbyśmy mieli do przeszlifowania tłoki albo do wymiany uszczelkę pod głowicą. Dostajemy namiar na kolejny warsztat i już na wejściu widzimy, że to właściwe miejsce – panowie wkładają właśnie stojan do silnika elektrycznego. Uśmiechamy się radośnie i pokazujemy rozrusznik. Po czym zostajemy uświadomieni, że rozrusznik to nie silnik elektryczny i oni takich rzeczy tu nie naprawiają… Finalnie trafiamy do warsztatu samochodowego (W końcu rozrusznik to rozrusznik, nie ma znaczenia czy silnik jest włożony do samochodu czy do jachtu), gdzie okazuje się, że starszy specjalista od rozruszników będzie nazajutrz. Następnego dnia zostajemy poinformowani, że nasz starter wyzionął ducha dokumentnie i trzeba kupić nowy, z tym, że nowy ma inny rozstaw śrub, więc przełożenie nowego środka do starej obudowy to koszt 500 euro. Za nowy w sklepie Yanmara chcieli niespełna 700, więc lądujemy w Le Marin a przy okazji odwiedzamy przyportową knajpkę Mango Bay, gdzie podają mule w sosie roquefort. Są absolutnie doskonałe!

Po powrocie pozostaje tylko założyć rozrusznik i… silnik gaśnie po kilku minutach. Tego wieczoru odpowietrzamy go jeszcze wielokrotnie i wciąż nic. Miny mamy nietęgie, zwłaszcza, że wymiana filtru paliwa także nic nie daje. Organizujemy mechanika, który ma łódź i może wciągnąć nas do portu za symboliczne 150 euro. Za dwa dni. Podczas zwiedzania wyspy kupujemy przewód paliwowy, bo wszystko wskazuje, że silnik bierze „lewe” powietrze, skoro oba filtry paliwa są ok. Po kolei odłączamy poszczególne elementy układu paliwowego aż znajdujemy winowajcę – smok. Po wyjęciu okazuje się, że jest tak zawalony smołą czy innym czarnym syfem, że aż dziw, że pompa była w stanie zassać paliwo. Gruntowne czyszczenie i… Mamy to! Chodzi jak pszczółka! Przestawiamy się więc dwie zatoki dalej.

               Anse d’Arlet i Grand Anse d’Arlet to doskonałe miejsca aby rzucić się w morze Karaibskie i w masce podziwiać bogactwo podwodnego świata. Ryby, czerwone i niebieskie korale, różne gatunki gorgonii dzbaneczników, ale przede wszystkim – żółwie! Niektóre nawet przekraczające półtora metra długości! Przez dwa dni głównym naszym zajęciem jest snorkeling i obserwacja podwodnego świata.