Na Galapagos!

kwi 1, 2023 | Dziennik Kapitański

Justina - kecz pod dwoma genakerami

         Pierwsze miejsce rozleniwia. 1030, pół godziny do startu a niektórzy z nas zażywają ostatniej morskiej kąpieli. O 1045 podnosimy kotwicę i stawiamy żagle… minuty przed startem. A mimo to i tak startujemy w czołówce. Większość jachtów stawia zaraz spinakery, parasailory i foki-bliźniaki, my – Genua, potem Code 0, potem dokładamy Ge na wytyku, potem zrzucamy. Ostatecznie Grot na 2 refie, Code 0, wiedząc, że ma się rozwiewać, więc ściągnięcie Genakera przy wietrze przekraczającym 20+ byłoby trudne. Potem okaże się, że kilka jachtów przypłaci to uszkodzeniami a jeden będzie musiał zawrócić do Panamy.
           Opuszczając Wyspy Perłowe żegnają nas manty skaczące nad wodą i niekiedy wykonujące 2 obroty w przód w powietrzu. Niezwykły widok! Chwilę potem pojawiają się delfiny, więc zasadniczo mamy komplet wrażeń. Brakuje tylko ryby na kolację. Nie mija jednak godzina, kiedy na dużej wędce jest branie. Silnik cała wstecz, by zwolnić, kij wygięty niemal do wody, z hamulca wydobywa się zapach palonego sprzęgła… Jest duża! Jednak po kilku minutach walki – opór ustaje. Po zebraniu całej żyłki okazuje się, że kuty hak się wygiął! A ryba spadła. O tym, że to chyba dobrze, przekonujemy się o 1700, kiedy branie jest na małej wędce. Cała wstecz pozwala zwolnić do… 4,5 węzła, ale udaje się wyciągnąć około 6kg Mahi-Mahi. A i tak walczyliśmy z nią prawie 20 minut! Pozostaje umyć pokład z krwi i pokroić świeżynkę na Ceviche.

Mahi-Mahi (koryfena) - jedna ze smaczniejszych ryb.

      Następne dni są podobne do siebie – słabe i zmienne wiatry, nie przekraczające 10 węzłów, sprawiają, że niesiemy różne konfiguracje żagli – od genakera w baksztagu, po pełnego grota i Code 0 w bajdewindzie a nawet popychamy silnikiem. Te ćwiczenia kończą się złamaną końcówką spi-bomu. Dodatkowo zapełniamy lodówkę rybami (Mahi-Mahi 6, 7 i 11kg), co skutkuje zakazem dalszych połowów oraz szotem Code 0 wkręconym w śrubę. Uruchamiamy więc zakład ślusarki (nie zna życia, kto nie je… pracował na tokarce. Zwłaszcza nie mając tokarki) – nity poddają się pilnikowi, bo wiertarka po walce z kokosami nie do końca działa, potem okazuje się, że na Wyspach Zielonego Przylądka nasz spi-bom jest z grubszego profilu, niż oryginalny, więc trzeba… zeszlifować nieco okucie i rurę w środku. Koniec – końców udaje się go naprawić a chwilową dziurę w wietrze wykorzystujemy na kąpiel i inspekcję śruby.
          Nie zna życia, kto nie wyplątywał liny ze śruby na środku Pacyfiku, ale uzyskujemy możliwość ruchu a szot z dynemy zostaje profesjonalnie zapleciony. W sam raz na nadchodzący wschodni wiatr, który popycha nas połówką do celu. Kiedy wiatr spada niemal do zera – urządzamy kąpiele i ciągnięcie na linie. Wieczorem, niejednokrotnie towarzyszą nam wieloryby! Dokładnie są grindwale krótkopłetwe (albo długopłetwe – trudno orzec), te same co pod Teneryfą, choć tu – setki mil od brzegu. A kiedy nie ma wielorybów – urządzamy wieczorki filmowe.

Równik!

          Ostatnie dwie doby poznajemy w praktyce czym są doldrums, a po polsku – równikowy pas ciszy, zwany również końskimi szerokościami. 1-4kt wiatru, w porywach 7. Pogoda w sam raz na silnik, czasem, w towarzystwie żagli. Koszmar. Za to na wytyku spinakera rozsiadł się głuptak, który za nic miał nasze zwijanie i rozwijanie Code 0, a nawet podejście niemal na odległość wyciągniętej ręki i  zafundował sobie 50 mil jachtostopu.

          Równik mijamy  27 marca o godzinie 19:44:26 czasu Panamskiego (-7 godzin do Polski). Z tej okazji na stole ląduje butelka wina – odstępstwo od rejsowej reguły. A załoga w eleganckich strojach wita zaistniałą sytuację. Następnego dnia czeka na nas San Cristobal.

Guptak czerwononogi