Pierwszy etap regat za nami cz.1

lis 14, 2021 | Dziennik Kapitański

O 1130 oddajemy cumy i wśród odgłosów syren, rogów mgłowych i okrzyków ludzi zgromadzonych na falochronach – wychodzimy na wodę. Na starcie jest gęsto. Niemal 80 jachtów stawia żagle i zaczyna manewrować w awanporcie, przygotowując się do wyjścia na linię startu. Stawiamy podwójnie zarefowane grota, bo prognoza zapowiada wyboistą jazdę przez pierwsze 24-36 godzin z wiatrem 25-35 węzłów. A zatem, żeby potem nie trzeba było kombinować i tracić czasu na refowanie, postanawiamy wystartować wolniej, bo prognoza na start, to wiatr 15-20 kt, który będzie rozpędzał się wzdłuż wyspy. Płyniemy kilkadziesiąt metrów od linii startu, wzdłuż niej, czekając na sygnał, a tu jak na złość wiatr siada do słabej trójki (9kt), więc linię startu mijamy dobrą minutę po sygnale. Zmieniamy też koncepcję i zamiast baksztagiem – ciągniemy lewym półwiatrem, by wyjść w strefę świeżego wiatru. W międzyczasie mijamy się z Oysterem 65, który żeglując pod samą genuą jest od nas z 2 węzły szybszy, nie wspominając o typowo regatowej Pogo 402S, która minęła nas jak Messi Wawrzyniaka. To trochę pokazuje nasze miejsce w szeregu, ale nie odbiera ducha walki.

Wraz z kolejnymi milami i wzrostem siły wiatru realizujemy założenia taktyczne co do kursu i przesuwamy się w klasyfikacji. Wyprzedzamy też kilka katamaranów, co szczególnie cieszy, bo multihule są zazwyczaj szybsze od monohuli. Stawiamy genuę na wytyku i na motyla żeglujemy kursem bliskim idealnemu przy 28-30 węzłach, z prędkością nie spadającą poniżej 8 węzłów. Jest szybko, wyboiście i ekscytująco. Walczymy o pierwsze miejsce w grupie… Niestety, na około 30 mili autopilot nie daje rady i wywozi nas do wiatru, co kończy się złamanym spinaker-bomem. Sprzątamy smętny kikut i rozważamy taktykę. Przy tym układzie żagli i fali nie pójdziemy fordewindem a baksztagiem, kursem 180-190 zamiast 228. Wiatr dalej rośnie i nawet przy sterowaniu ręcznym zaczyna nas wywozić, więc zrzucamy grota w „tylnym łopocie” (kto ściągał grube płótno targane silnym wiatrem – wie o czym piszę) i na samej genui żeglujemy przy 28-30 węzłach wiatru kursem 200-210. To niestety kosztuje nas kilka pozycji w rankingu.

Noc jest wyboista i kilka razy mijamy się „po omacku” z innymi jachtami. W ciągu dnia wiatr siada, wiec około południa decydujemy się wyjąc z worka naszą tajną broń – Code 0, zwanym przez nas familiarnie – kodem „07 zgłoś się” albo „Borewiczem”. Dzięki silnemu wiatrowi, w ciągu pierwszej doby pokonujemy 174 mile, co jest rekordowym przelotem w dziejach Katharsis. Postawiony Code 0 i 18-22 węzły wiatru powodują, że przyspieszamy znacząco i jacht znów przypomina maszynę regatową. Noc jest trudna. Szybka żegluga i fala powodują, że sen jest płytki i przerywany, w dodatku dookoła kilka jachtów, które mijamy, kiedy ich załogi śpią, a przynajmniej tak się wydaje, bo nie odpowiadają na wezwania UKF i mają wyłączonego AISa. Dobrze, że choć światła nawigacyjne świecą, więc jesteśmy w stanie się z nimi dość bezpiecznie minąć, choć czasem radar pokazuje dystanse mniejsze niż pół mili…

Nocna jazda na granicy opłaciła się, bo wtorkowy poranek wita nas smsem od Mateusza (alias cpt Beever), że oczekiwany wiatr to 20-25 węzłów NE i awansowaliśmy na 2 miejsce w grupie B, 11 w mono i 15 w generalnej. Pierwsza dziesiątka na wyciągnięcie ręki! Trzeba tylko objechać Mustique! Wiatru trochę za mało na Code 0 a trochę za dużo na genakera, więc tłuczemy się w granicach 7 węzłów i postanawiamy poszukać nieco więcej szczęścia głębie w Oceanie, licząc, że może prąd Kanaryjski tam popchnie nas nieco mocniej.